Ciągnąca się już od długiego czasu afera "wokół" prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego (do niedawna PO) zaczyna się stawać sprawą ogólnopolską. Wręcz banalne formalne zarzuty, jakie temu panu postawiła ostatnio prokuratura, coraz wyraźniej zaczynają mieć drugie dno, pokazujące prawdziwą skalę oszustw i korupcji uprawianych przez rządzący od kilkunastu lat Pomorzem Gdańskim nieformalny układ firmowany obecnie przez Platformę Obywatelską. Ostatnio nawet ,,Rzeczpospolita" piórem Michała Migalskiego stwierdziła niedwuznacznie, że niby lokalna afera może kosztować Platformę utratę władzy w Polsce. Jest to słuszny wniosek, gdyż sprawa zaczyna rzeczywiście wzbudzać zainteresowanie w całym kraju, pokazując Platformę jako rodzaj zmowy spryciarzy i aferzystów, działających na styku władzy i biznesu. Zmowy, w której polityczne podziały są fikcją - rodzajem atrapy mającej maskować wspólnotę interesów.

Sprawa sprzedaży po zaniżonych cenach samochodów, czy jakieś drobne bezpłatne usługi mają dokładnie takie same znaczenie, jak swego czasu w USA skuteczne oskarżenie cynicznego zbrodniarza, gangstera Al Capone o błahe oszustwa podatkowe. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o sprawy nieporównywalnie większego kalibru. Centrum Haffnera to przedsięwzięcie, które nie tylko zadecyduje o wizerunku Sopotu jako "perły Bałtyku" ale także uosabia inwestycję o gigantycznej, miliardowej wartości. Jej celem jest odbudowa dawnego Domu Zdrojowego mieszczącego w okresie międzywojennym słynne na cały świat kasyno gry, dawnego hotelu tego kasyna oraz całej pierzei dużego placu w dolnej części słynnego "Monciaka" plus realizacja apartamentowca na miejscu starej, brzydkiej zabudowy w ich sąsiedztwie. Pomysł merytorycznie rzeczywiście słuszny i imponujący, chociaż od strony architektonicznej różne przyniósł rezultaty. Dawny hotel kasyna gry, dziś hotel "SHERATON", mistrzowsko łączy tradycyjny sopocki eklektyzm z nowoczesnością. Dom Zdrojowy od strony morza wyglądać będzie pięknie, od strony miasta znacznie gorzej. Wspomniana pierzeja placu to już zupełnie marna architektura.

Ale rzecz w tym, że wykorzystując nieprzemyślane (?!) prawo wymyślone przez prof. Kuleszę, zakazujące prowadzenia gminom działalności gospodarczej, miasto nie mogło odbudować Domu Zdrojowego z kasynem gry i z hotelem na własny koszt i rachunek, aby - jak to było w okresie międzywojennym - zarabiać na tym kokosy NA RZECZ MIASTA. Utworzono więc spółkę, do której miasto wniosło aportem grunt i ocalałe resztki zabytkowych budowli.

I tutaj widać jak na dłoni cały mechanizm z gruntu korupcjogennej ustawy. Sedno sprawy dotyczy bowiem ,,drobiazgu" - wyceny gruntów i nieruchomości, jakie miasto wnosi do spółki, zrzekając się do nich prawa własności (sic !!!).

W całej Europie w podobnych wypadkach, gdy chodzi o tak atrakcyjne grunty, gminy wyrażają zgodę na wieloletnią dzierżawę, po zakończeniu której odzyskują w pełni prawo własności wniesionych aportem gruntów plus postawionych na nich nieruchomości. Główny inwestor z kalkulatorem w ręku bez trudu oblicza, po ilu latach użytkowania zwracają się mu koszty inwestycji z godziwym zyskiem i na taki okres dzierżawy podpisuje umowę. Po tym czasie obydwie strony żegnają się z obopólnym zadowoleniem. Niżej podpisany jako pracownik Urzędu Morskiego w Słupsku przeszedł w tej sprawie przeszkolenie w Holandii. Jeżeli taka normalna procedura jest w Polsce niemożliwa, to tylko z powodu stworzonego z premedytacją, oligarchizującego i korupcjogennego prawa.

Oczywiście, wycenę gruntów i nieruchomości, które oddaje się na własność inwestorowi, bez większego wysiłku można przeprowadzić według uznania, angażując do tego dowolną liczbę firm dla zachowania pozorów. Każda z nich mając szansę zarobienia konkretnych pieniędzy, wyceni według ustnej instrukcji "wicie - rozumicie". A w zamian za to na prywatne konto banku na wyspach Kuku - ryku czy innych Bahamach wpływa uzgodniona uprzednio z inwestorem przy wódce sumka. Można mieszkać "skromnie" w bloku, nabierając naiwny elektorat, a jednocześnie budować na konto babci czy kuzyna z

"Hameryki" wille lub pensjonat w Zakopanem.

Według oceny autentycznych ekspertów rzeczywista wartość gruntów i nieruchomości wniesionych przez miasto Sopot do Spółki Haffnera została zaniżona co najmniej o ładnych kilkadziesiąt procent. Pozornie wszystko dla naiwnych mieszkańców miasta wygląda "piknie" - nowe budynki, trochę nowych miejsc pracy - Sopot pięknieje. Tyle, że z tej inwestycji mieszkańcy Sopotu i polskie państwo niewiele będą mieć. Inwestor i owszem - będzie płacił podatki, ale ZYSKI będzie zgarniał dla siebie. W tym kontekście "kieszonkowa" premia dla autorów tego przedsięwzięcia staje się drobiazgiem. Skala tego przekrętu jest tak duża, że o innych szkoda pisać.

Przy okazji "sprawy Karnowskiego" nie od rzeczy będzie wspomnieć o wręcz paranoidalnej budowie gigantycznej hali widowiskowej na granicy Sopotu i Gdańska. Hali, potrzebnej Trójmiastu jak psu piąta noga. Hali - podkreślmy - która do tej pory nie może znaleźć operatora (bo ludzie z forsą raczej są przy zdrowych zmysłach), już kosztuje trzykrotnie drożej niż planowano, a na dodatek zaczyna walić się jeszcze przed zakończeniem jej budowy. Hala, niestety, powstanie i wygląda na to, że każdego roku władze Gdańska i Sopotu będą musiały dokładać potężne sumy na koszty jej utrzymania, gdyż jest mało prawdopodobne, aby ten obiekt był w stanie na siebie zarobić.

Inny pomysł rodem ze szpitala specjalnej troski to zamysł budowy jachtowej "mariny" przy zwieńczeniu sopockiego mola. Pomijając oczywisty fakt, że coś takiego zdegraduje unikatowy w światowej skali zabytek do rangi zaledwie kładki do jachtowej przystani, jest to pomysł irracjonalny ekonomicznie i technicznie, a na to ostatnie zwracają nawet uwagę żeglarze, będący specjalistami od morskiej hydrotechniki.

Prawdziwa marina jachtowa, aby nie przynosiła strat musi być co najmniej na 500 jachtów plus infrastruktura, której najważniejszym elementem - obok restauracji, warsztatów naprawczych i gościnnych apartamentów - jest tak zwany parking, czyli plac do ustawiania jachtów na czas poza sezonem żeglarskim. Przy sopockim molo mowy o czymś takim być nie może, a więc nie ma szans, aby ta "marina" na siebie zarobiła, co najwyżej napędzając klientów luksusowym hotelom. A większość kosztów jej utrzymania będzie musiało ponosić miasto.

Charakterystyczne, że w zarządzie spółki - właściciela Centrum Haffnera zasiadają zarówno znani działacze SLD, jak i PO, co aż nadto dobitnie pokazuje fikcyjność politycznych podziałów.

A wszystkie te "dziwne" interesy zaczęły się przed kilkunastu już laty, gdy prezydentem Sopotu był Jan Kozłowski, dziś marszałek sejmiku wojewódzkiego. To za jego kadencji unicestwiono piękno jednego z atrakcyjniejszych punktów Sopotu, lokując u stóp Zamkowej Góry i ongiś bardzo eleganckiego lokalu "Miramar"... stację benzynową SHELL-a. Można ją było zbudować albo po drugiej stronie ulicy, albo kilkaset metrów dalej. To co zrobiono, bezpowrotnie niszczy piękno tego miejsca, a nie można odpowiedzialnych za ten pomysł uważać za idiotów.

Wszystkie te sprawy zaczynają nabierać ogólnopolskiego rozgłosu i nawet największe niedowiarki zaczynają dochodzić do wniosku, że coś jednak musi być na rzeczy. Cała Polska wie, że premier Donald Tusk jest mieszkańcem Sopotu. Nie mógł więc nie widzieć i nie wiedzieć, co dzieje się w jego mieście. Chwiejna postawa Platformy, która wpierw desperacko broniła pana Karnowskiego, a teraz zaczyna się z tego wycofywać, wzbudza w społeczeństwie uzasadnione wątpliwości.

W zestawieniu z narastającym kryzysem, który coraz dotkliwiej bije po kieszeni przeciętnego obywatela i dosyć niemrawymi poczynaniami rządu, aby skutki tego kryzysu złagodzić, taka afera może rzeczywiście pogrążyć Platformę.

I coraz bardziej realny się staje scenariusz, że zasłużony dla Sopotu doktor Haffner, Alzatczyk, który po wojnach napoleońskich reanimował Sopot jako morski kurort, definitywnie pogrąży Platformę, która pod różnymi szyldami (KL-D, SKL, AWS, PO) rządzi Sopotem i województwem pomorskim od bardzo długiego czasu.

Tylko pytanie: czy opozycja jest na ten moment merytorycznie i kadrowo przygotowana ?

Waldemar Rekść Sopot